Finansowanie partii politycznych...


Tekst ukazał się w "Dzienniku Polskim" w dniu 25 marca 2008 roku:

To naturalne, że finansowanie z budżetu państwa partii politycznych jest tematem wzbudzającym wielkie emocje. Po deklaracji premiera Donalda Tuska o woli rezygnacji ze środków publicznych i dokonania zupełnej zmiany systemu pozyskiwania pieniędzy na działalność partyjną sprawa ta znów znalazła się w centrum publicznej debaty.

Przypomnijmy, że w III RP partie długo utrzymywały się tylko ze środków prywatnych. Otrzymywały jedynie zwroty kosztów kampanii parlamentarnych i prezydenckich. Od kilku lat partie zasilają ponadto środki z budżetu na bieżącą działalność, proporcjonalnie do wyników ostatnich wyborów sejmowych. Jednocześnie drastycznie i rygorystycznie ograniczono możliwość pozyskiwania środków prywatnych, a całość finansów partii korzystających z dotacji została poddana odpowiedniej kontroli. Że nie jest to kontrola będąca czystą formalnością kilka partii boleśnie się już przekonało. To jasne, że obywatele w ogromnej większości nie życzą sobie by koszty działania partyjnych aparatów były opłacane z ich podatków. Czy jednak protestując w tej sprawie postępują roztropnie?

Finansowanie partii z budżetu ma kilka poważnych zalet. Aby jednak je docenić musimy zgodzić się, że dobre funkcjonowanie demokracji wymaga działalności solidnie zorganizowanych i sprofesjonalizowanych partii politycznych. Są one demokracji potrzebne, jak banki gospodarce rynkowej. To w partiach następuje definiowanie celów polityki państwa, to tu rodzą się koncepcje ustaw, szczegółowych polityk, to tu dokonuje się pozytywna selekcja kadr na stanowiska publiczne. Mówiąc szerzej – tu następuje formowanie politycznych elit. Zarówno z punktu widzenia bieżącego funkcjonowania państwa, jak i budowania jego przyszłości, są to sprawy kapitalnej wagi.

Finansowanie partii z budżetu daje im ekonomiczną stabilność, a więc zdolność do planowania działalności, utrzymywania fachowego personelu, przeznaczania środków na systematyczne a nie kreowane „ad hoc” studia, ekspertyzy, szkolenia a także działalność wydawniczą czy solidną dokumentację. Po drugie ten model finansowania ogranicza niebezpieczeństwo korupcji i zmniejsza podatność ugrupowań politycznych na wpływ poszczególnych grup nacisku, w tym zwłaszcza grup biznesowych. Daje po prostu poczucie niezależności. Do jego wad należy zaliczyć osłabienie więzi organizacji z jej sympatykami, którzy czują się zwolnienia z obowiązku solidarnego łożenia na koszty działalności swoich przedstawicieli. Można mówić o pewnej "biurokratyzacji" działalności politycznej. Ponadto system dotowania skutecznie blokuje powstawanie nowych partii, gdyż do czasu kolejnych wyborów parlamentarnych i ewentualnego odniesienia w nich sukcesu wszystkie nowe ruchy są w nieporównywalnie gorszej sytuacji niż partie z zagwarantowanym dostępem do publicznych pieniędzy. Jedni powiedzą, że to szansa na upragnioną stabilizację sceny politycznej – inni, że to jej zupełne zamrożenie. Nie sposób pominąć aspektu etycznego. W Polsce – w kraju chronicznego deficytu budżetowego i niedofinansowania wielu drażliwych dziedzin społecznych - zabieranie pieniędzy z budżetu na działalność partyjną ma w sobie coś niestosownego.

Propozycja Platformy Obywatelskiej polega na zastąpieniu dotacji budżetowej dobrowolną darowizną 1% podatku od dochodów osobistych. Zauważyć należy od razu, że chodzi o kolejny, „drugi”, dodatkowy procent, aby finansowanie partii nie stało się konkurencją dla odpisów na rzecz organizacji pożytku publicznego (charytatywnych, religijnych, oświatowych czy kulturalnych). Zalety proponowanego rozwiązania są doskonale widoczne. Oszczędzamy środki budżetowe, partie muszą w sposób ciągły zabiegać o przychylność wyborców, jakby co roku stawały do wyborów powszechnych, obywatele finansują partie, gdy tego chcą i które chcą. Mogą, co roku zmieniać swoje upodobania. Ponadto pewne jest, że w stosunku do dzisiejszego poziomu dochody partii będą znacząco niższe i będą one musiały mocno zacisnąć pasa. Trzy razy zastanowią się przed podjęciem nowej akcji billbordowej czy umieszczeniem reklamy w telewizji.

Ale wady wcale nie są błahe. Trzeba będzie zapomnieć o poważnych pracach systemowych, analitycznych, programowych, o opłacaniu ekspertów. Także o zatrudnieniu profesjonalnego personelu, który trzeba będzie w znacznej mierze zastąpić wolontariatem. Stanie się tak choćby dlatego, że dochody będą teraz bardzo słabo przewidywalne. Wszystkie partie będą zabiegać o poparcie wielkich podatników (oligarchów). Co wreszcie mają zrobić partie bazujące na poparciu rolników, którzy jak wiadomo nie płacą podatku PIT, a więc nie mogą odpisać 1%.  Nie ma co udawać – partie, które uzyskają poparcie bogatszych Polaków znajdą się w sytuacji uprzywilejowanej.

Czy jest możliwe znalezienie kompromisu pomiędzy skrajnymi modelami? Zanim przedstawię pod dyskusję pewne rozwiązanie pragnę przypomnieć, że najlepiej zorganizowanie partie wielkich krajów Unii Europejskiej dysponują zapleczem w postaci specjalnych fundacji. Niemieckich chadeków (CDU) wspiera Fundacja K. Adenauera, socjalistów (SPD) Fundacja F. Eberta, Liberałów Fundacja F. Naumanna, zielonych Fundacja H. Bölla. Swoje fundacje ma hiszpańska prawica z Partido Popular i socjaliści z PSOE. I to właśnie te fundacje są adresatami dotacji z budżetu. To one spełniają rolę think tanków – magazynów, czy raczej laboratoriów myśli. Fundacje są intelektualnym zapleczem partii, także zapleczem edukacyjnym i formacji kadr. W Polsce jedynie PiS utworzył tego typu instytucję – jest to Instytut Sobieskiego wydający, doskonale z resztą redagowany, „Międzynarodowy Przegląd Polityczny”. Relacje pomiędzy PO a zasłużonym „Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową” są nieporównywalnie słabsze i niebezpośrednie.

Zarówno objęcie władzy przed dwoma laty przez PiS, jak i obecnie przez Platformę, odsłoniło poważne braki wyprzedzającej, systematycznej pracy analitycznej i programowej. Stawiam tezę, że jest to wynik braku solidnych instytucji w typie partyjnych fundacji. Finansujmy je z budżetu – to się wszystkim opłaci! Warunek pierwszy – takie fundacje trzeba założyć. Warunek drugi – ich koszty muszą być daleko niższe niż dzisiejsze dotacje dla partii (może o połowę, a nawet więcej). Przypominam, że obecnie czołowe partie otrzymują z budżetu po trzydzieści kilka milionów złotych rocznie. Po trzecie – i może najważniejsze – wydatki fundacji nie mogą być kosztami bieżącej działalności partyjnej.  Zatem koszt funkcjonowania aparatów partyjnych (biura, etaty, podróże), akcji medialnych, kampanii informacyjnych, zjazdów i kongresów, itp. pokrywane być winne w postaci odpisów podatkowych.

Reasumując: W proponowanym modelu to nie partie otrzymywałyby pieniądze z budżetu, ale wskazane fundacje pracujące na ich potrzeby, ale de facto na potrzeby podniesienia merytorycznej, jakości polskiej polityki. Finansowanie partii pozostawione zostałoby obywatelskiej ofiarności członków i sympatyków. Ofiarności, co istotne, przejrzystej – w postaci składek członkowskich i dobrowolnych, ograniczonych limitem odpisów podatkowych.

Budżet zaoszczędzi, partie będą musiały powściągnąć wydatki i zadbać o szersze poparcie częściej niż tylko raz na cztery lata, ale nie utracą szansy na poważne zaplecze merytoryczne.

Janusz Sepioł
Senator RP

KONTAKT

Biuro Senatora RP Janusza Sepioła
ul. Grunwaldzka 10/3
31-526 Kraków
tel. (012) 430-21-75
cialis afhalen rotterdam